Geny to nie wszystko

Nigdy nie byłam osobą, która zachwycała się dziećmi. Kiedy ktoś ze znajomych czy rodziny informował o ciąży gratulowałam, ale nigdy nie skakałam z radości razem z nimi.

Jednak zawsze wiedziałam, że sama będę chciała mieć rodzinę. Jeszcze przed ślubem rodzina i znajomi snuli plany na temat mojej ciąży, a ja wtedy jasno i otwarcie mówiłam, że zdecydujemy się na ten krok, kiedy to MY będziemy tego chcieli, a nie inni. Po jakiś czasie 'męczenie' o potomka ucichło. Minęło ponad 1,5 roku od ślubu, a my stwierdziliśmy, że może to ten moment. Chyba był właściwy, bo ok. 2 miesiące później, dowiedziałam się, że jestem w ciąży.

Jako instruktor fitness zawsze byłam aktywna. Kilkanaście godzin zajęć tygodniowo, do tego moje własne treningi nie stanowiły dla mnie żadnego problemu. Kiedy zaczęliśmy starać się o powiększenie rodziny, nie zrezygnowałam z ćwiczeń. Cały czas robiłam wszystko, aby wzmocnić swoje ciało i być silniejszą. Był czerwiec, a ja postanowiłam sprawdzić, co pokaże test ciążowy. Wynik negatywny. No cóż, trudno. Nadal trenowałam, a nawet postawiłam sobie nowe, cięższe cele. Z początkiem lipca poczułam, że czuje się gorzej. Forma mi spadła, szybciej się męczyłam, a co gorsza - każdego ranka budziły mnie mdłości. Dużo osób wtedy chorowało, więc winę zwalałam na jakiegoś paskudnego wirusa lub po prostu przetrenowanie. Nie planowałam jeszcze robić testu, ale stwierdziłam, że go powtórzę. Cóż, ten test był inny niż poprzedni...

A jednak będę mamą

Oczom moim i mojego męża ukazały się dwie kreski. A ja...zamarłam. Dosłownie. Co teraz? Co z moimi treningami? Zaraz. Co ze mną?! Czy wszystko będzie ok, skoro już teraz źle się czuję? Nawet nie wiem, w którym momencie mój mąż mnie przytulił. Świętowanie tej chwili psuł fakt, że zaraz trzeba było wychodzić do pracy. Tego dnia wypiłam do śniadania swoją ostatnią kawę.

Był piątek, a my chcieliśmy jak najszybciej potwierdzić, że test się nie myli. Długo szukałam lekarza, który mnie przyjmie jeszcze tego samego dnia. Cudem się udało. Chociaż pani doktor potwierdziła badaniem, że jestem w ciąży, to jednak z powodu braku odpowiedniego sprzętu, czekało mnie jeszcze usg, które miało potwierdzić diagnozę. W poniedziałek udaliśmy się na usg i wtedy zamarliśmy po raz drugi: zobaczyliśmy zarodek i usłyszeliśmy bicie serca. To był 6 tydzień ciąży. Byliśmy w takim szoku, że zupełnie zapomnieliśmy o tym, że mogła to być ciąża bliźniacza - bo takie zdarzały się w mojej rodzinie. Gdy usłyszeliśmy od ginekolog, że to pojedynczy zarodek, spojrzeliśmy na siebie i odetchnęliśmy z ulgą. Na dwójkę nie byliśmy gotowi - co więcej, nigdy nie chcieliśmy mieć więcej niż jednego dziecka. To jedno miało być naszym szczęściem. I tak się stało od tego dnia.

Wychodząc z gabinetu zrobiłam szybki rachunek sumienia. Zdecydowanie nie ćwiczyłam tak, jak powinna ćwiczyć ciężarna. Z myślą o przyszłości i chęci rozwoju odbyłam wcześniej specjalne szkolenie z zakresu aktywności fizycznej dla kobiet w ciąży. Zdecydowanie mój plan treningowy nie był taki, jak być powinien. Ale stwierdziłam, że dopóki się dobrze czuje, będę ćwiczyć. W końcu najbardziej oszczędzać muszę brzuch i zrezygnować z biegania. Ok, dam radę.

Tydzień później była idealna okazja do tego, aby poinformować o ciąży naszych rodziców. Podczas swoich urodzin mój mąż na samym początku powiedział: Oprócz was zaprosiliśmy dzisiaj kogoś jeszcze, ale uścisnąć rękę i poznać jej imię będziecie mogli dopiero za 9 miesięcy. Bardzo się ucieszyli, ale zaraz padło najdziwniejsze pytanie, które towarzyszy nam do tej pory, gdy informujemy kogoś o ciąży: A pod jakim znakiem zodiaku się urodzi? Nie sądziliśmy, że to tak istotna kwestia ;)

Od dnia pierwszego USG minęło już 20 tygodni. A ja czuję się dobrze - mam energię i nie muszę rezygnować z pracy. Cały czas prowadzę zajęcia. Z tą różnicą, że moje ciuchy sportowe są teraz znacznie luźniejsze ;) Nie trenuje podskoków, biegania i mięśni brzucha. Ale nadal mogę pracować nad siłą mięśni nóg, rąk i pleców.

Wyprawka dla maleństwa zaczyna być coraz większa. Szkoda tylko, że nie wiem czy to chłopiec i dziewczynka - zdecydowanie ułatwiłoby to jej kompletowanie. A my? Cały czas się cieszymy i już nie możemy się doczekać, aż poznamy tą małą istotkę, która sprawia, że już teraz nasze życie zaczyna się wywracać do góry nogami. Teraz cieszymy się jeszcze z ostatnich chwil wolnych we dwoje. Na trzecią rocznicę ślubu będzie nas już trójka.

AUTORKA WPISU

Dorota Szeliga-Kobus

Cześć, mam na imię Dorota, a przeze mnie ludzie narzekają na bóle brzucha, bicepsów, pleców oraz mięśni czworogłowych uda. No i na zakwasy. Tak, zgadliście. Jestem trenerem fitness.

https://pl-pl.facebook.com/doris.szel

ostatnie posty